metodyzm
Strona główna
Czytelnia
» Jan Wesley
» dokumenty Kościoła
» inne


DUCH NIEWOLI I SYNOSTWA
fragmenty kazania (9)  ks. Jana Wesleya

Wszak nie wzięliście ducha niewoli, by znowu ulegać bojaźni, lecz wzięliście ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze!  (Rz 8,15)


Duch niewoli i strachu jest bardzo odległy od miłującego ducha synostwa. Tych, których jedyną motywacją jest niewolnicza bojaźń, niepodobna nazwać dziećmi Bożymi (...). (...)

Ten, kto wyzuty jest z bojaźni i miłości, jest w Piśmie Świętym określony mianem człowieka zmysłowego, albo inaczej człowieka natury. Ten, którego usposobienie jest pełne poczucia niewoli i strachu, jest, jak to się czasem mówi, pod zakonem. (…) Z kolei ten, kto zamienił ducha bojaźni na ducha miłości, jest we właściwym tego słowa znaczeniu pod łaską.

Zacznijmy od stanu, w jakim znajduje się człowiek natury, a który Pismo Święte określa jako stan snu. Właśnie do człowieka natury woła Bóg: Obudź się, który śpisz. Dusza jego bowiem jest w głębokim śnie. Jego zmysły duchowe nie są rozbudzone. Nie odróżniają bowiem dobra duchowego od zła. Oczy umysłu są zasłonięte i zamknięte, gdyż brak im zdolności widzenia. Niezmiennie spowijają je ciemność i mgła, ponieważ znajduje się on w dolinie cienia śmierci. Z powodu braku otwarcia na rzeczy duchowe nie ma do nich dostępu i dlatego pogrążony jest w zupełnej głupocie i niewiedzy tego, na czym szczególnie powinno mu zależeć. Całkowicie pozbawiony jest znajomości prawdziwego Boga. W ogóle nie zna prawdziwego tzn., wewnętrznego, duchowego sensu prawa Bożego, jest więc ono całkowicie mu obce. Nie ma pojęcia o świętości ewangelicznej, bez której żaden człowiek nie ujrzy Pana; nie ma też pojęcia o szczęściu, które znajdują jedynie ci, których życie jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu. (...)

Nie dostrzega, że stoi na skraju przepaści, dlatego nie boi się. Nie podobna drżeć ze strachu, którego się nie doznaje. Nie dość ma zrozumienia, by się bać. Dlaczego nie lęka się Boga? Ponieważ całkowicie brak mu znajomości Boga. (...)

Czuje się bezpieczny, gdyż zupełnie nie zna samego siebie. Dlatego mówi, że pokutę odkłada na później, chociaż w rzeczy samej nie bardzo wie na kiedy; zapewne na jakiś czas przed śmiercią. Za rzecz z góry przesądzoną uważa, że w pełni leży to w granicach jego możliwości. Cóż bowiem może stanąć mu na przeszkodzie, jeśli tylko zechce? Jeśli choć raz uczyni postanowienie, bez wątpienia je spełni.

(...) Człowiek natury w rezultacie nieznajomości siebie i Boga może doznawać swego rodzaju radości w schlebianiu sobie z powodu własnej mądrości i dobra. I często może on doznawać tego, co świat nazywa radością. Może znajdywać różne przyjemności w zaspokajaniu pożądliwości ciała, pożądliwości oczu i pychy życia, zwłaszcza jeśli jest zamożny, jeśli los zesłał mu bogactwo. Wtedy rzeczywiście może przyodziewać się w szkarłatne szaty i kosztowne tkaniny i co dzień wystawnie ucztować. Jak długo w ten sposób dogadza sobie, ludzie oczywiście dobrze o nim mówić będą. Powiedzą, że jest człowiekiem szczęśliwym, gdyż w istocie jest to kwintesencja tego, co świat poczytuje za szczęście: ubierać się, bywać na przyjęciach, bawić się rozmową, jeść i pić i wstawać do dalszej zabawy.

(...) Przez cały czas jest on niewolnikiem grzechu, gdyż nie ma dnia, żeby mniej lub bardziej nie nagrzeszył. Mimo to wcale się nie przejmuje, ponieważ, jak twierdzą niektórzy, nie jest związany żadną normą i dlatego nie odczuwa potępienia. Choćby nawet głosił, że wierzy, iż objawienie chrześcijańskie jest od Boga, to jednak poprzestaje na wyznaniu, że człowiek jest istotą kruchą, że wszyscy jesteśmy ułomni, i że każdy przecież ma jakąś słabość. Gotów jest może cytować Pismo Święte: czy przecież sam Salomon nie powiedział, że nawet sprawiedliwy siedem razy na dzień zgrzeszy? Dlatego uważa on, że każdy, kto udaje, że lepszy jest niż jego bliźni jest skończonym hipokrytą i maniakiem. Jeśli kiedykolwiek jakaś poważniejsza myśl przyjdzie mu do głowy, natychmiast ją odpędzi, mówiąc sobie: Czemu mam się bać, przecież Bóg jest miłosierny i za grzeszników Chrystus umarł? Pozostaje więc wiernym niewolnikiem grzechu, nie mając sobie nic do wyrzucenia i trwając w niewoli skażenia. Mimo, że brak mu świętości tak wewnętrznej jak i zewnętrznej, jest w pełni zadowolony. Dlatego nie tylko nie pokonuje grzechu, ale nawet nie próbuje mu się przeciwstawić, zwłaszcza temu, który go tak łatwo osacza.

W takim stanie znajduje się każdy człowiek natury, czy będzie on karygodnym i skandalicznym przestępcą czy cieszącym się szacunkiem i przyzwoitym grzesznikiem, odznaczającym się zaledwie pozorną pobożnością, a nie jej prawdziwą mocą. Jak więc można mu dowieść grzechu? Jak więc można go nakłonić do upamiętania? (...) Tą właśnie kwestią zajmijmy się w tej chwili.

Mocą wyroku opatrzności czy też jego Słowa oraz objawienia Ducha, Bóg porusza serce tego, który zmożony snem ogarnięty jest ciemnością i cieniem śmierci. Wyrwany nagle ze snu budzi się i nabiera świadomości niebezpieczeństwa, w jakim się znajduje. Być może w jednej chwili, być może stopniowo, oczy jego umysłu otwierają się i oto po raz pierwszy dostrzega prawdziwy stan, w jakim się znajduje.  (...)

Wewnętrzny, duchowy sens zakonu Bożego teraz zaczyna do niego docierać. Dostrzega, że przykazanie jego trwa najdłużej, i że nic się nie ukryje przed jego żarem. Nabrał przekonania, że każda część przykazania odnosi się nie tylko do grzechu zewnętrznego czy posłuszeństwa, ale do tego, co dzieje się w intymnym wnętrzu duszy, które dostępne jest tylko Bogu, a nie ludzkim oczom. Jeśli teraz słyszy: Nie będziesz zabijał, albo: Każdy, kto nienawidzi brata swego, jest zabójcą, albo też, że ktokolwiek powie bratu swemu: Głupcze, pójdzie w ogień piekielny - brzmią te słowa dla niego jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Jeśli zakon powiada: Nie będziesz cudzołożył, w uszach jego brzmi głos Pana: każdy kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim. Dlatego nie odstępuje go poczucie, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny. (...)

Wiedząc, że wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę, widzi, że sam jest nagi, odarty z wszelkich listków figowych, którymi starannie się okrywał, pozbawiony pożałowania godnych pretensji do cnoty czy pobożności oraz kłamliwego alibi na swe występki przeciwko Bogu. (…)

Kiedy rozproszone zostały opary złudzeń, ogarnia go udręka zranionej duszy. Nabiera przekonania, że oddanie duszy we władanie grzechu (czy będzie nim pycha, gniew, pożądliwość, egoizm, złośliwość, zazdrość, zemsta czy inne) jest otchłanią nieszczęścia. (…)

Teraz naprawdę pragnie zerwać z grzechem i zaczyna z nim walkę. Mimo, że z całej siły próbuje, nie jest w stanie zwyciężyć, gdyż grzech okazuje się mocniejszy niż on. Chętnie uciekłby, ale jest tak mocno spętany, że uwolnić się nie potrafi. Podejmuje postanowienie, że grzeszyć nie będzie, a jednak nadal grzeszy. Widzi pułapkę, powodowany odrazą wzbrania się przed nią, a jednak w nią wpada. (…)

Im więcej próbuje, stara się i trudzi, aby być wolnym, tym bardziej dają mu się we znaki kajdany grzechu, którymi pęta go szatan i zmusza do pełnienia swojej woli. Jest bowiem jego niewolnikiem, mimo, że wielce nad tym boleje; chociaż buntuje się, nie stać go na zwycięstwo. Z powodu grzechu nadal trwa w niewoli i strachu. Często jest to jakiś zewnętrzny grzech, do którego albo z natury, albo z powodu zwyczaju czy też zewnętrznych okoliczności ma szczególną skłonność. Ale zawsze ma miejsce jakiś grzech wewnętrzny, czy to będzie złe usposobienie, czy nikczemne uczucie. Im bardziej walczy z nim, tym bardziej ono wygrywa. Może próbować skruszyć kajdany, ale próby te kończą się porażką. Trudzi się więc bez końca, okazując skruchę i grzesząc, pokutując i znowu grzesząc, aż biedny ten grzesznik, bezradny nieszczęśnik, znajdzie się całkowicie u kresu sił, zdolny jedynie zawołać: Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego dala śmierci?

Wszystkie zmagania tego, który jest pod władzą zakonu czy też pod władzą ducha niewoli i bojaźni są znakomicie opisane przez Apostoła Pawła w siódmym rozdziale Listu do Rzymian, w którym przemawia w osobie człowieka przebudzonego. Powiada św. Paweł: I ja żyłem niegdyś bez zakonu. Wydawało mi się, mógłby Apostoł powiedzieć, że bytem pełen życia, mądrości, siły i cnoty. Lecz gdy przyszło przykazanie, grzech ożył, a ja umarłem. Kiedy za sprawą mocy Bożej zrozumiałem duchowy sens przykazania, i spotęgowało to moją wrodzoną skłonność do grzechu i cała moja cnota opuściła mnie. (…)

Zakon jest święty i przykazanie jest święte, i sprawiedliwe, i dobre. Więcej już nie składałem winy na przykazania, ale na zepsucie mojego serca. Przyznaję, że zakon jest duchowy, ja zaś jestem cielesny, zaprzedany grzechowi. Dostrzegam teraz duchową naturą zakonu i moje własne diabelskie i cielesne serce, zaprzedane grzechowi, całkowicie zniewolone (jak kupieni za pieniądze niewolnicy, którzy byli bezwzględnie do dyspozycji swych panów). Albowiem nie rozeznaję się w tym, co czynić; gdyż nie to czynię, co chcę, ale czego nienawidzę, to czynię. (…)

Jakże bardzo żywy jest to obraz człowieka znajdującego się pod władzą zakonu! Ugina się pod ciężarem, którego zrzucić nie potrafi; wzdycha do wolności, mocy i miłości, ale mimo to pozostaje w niewoli i strachu! I dzieje się tak aż Bóg odpowie nieszczęśnikowi, który woła do niego: Któż mnie wybawi od niewoli grzechu i tego śmiertelnego ciała? Łaska Boża, która jest ci dana w Chrystusie Jezusie. Panu twoim.

Nadchodzi wreszcie ten moment, że niewola ustaje i człowiek nie znajduje się już więcej pod władzą zakonu, ale pod władzą łaski. (…)

Wołał do Pana w niewoli swej, a On wybawił go z utrapienia. Oczy jego są teraz otwarte inaczej niż poprzednio, mianowicie aby widzieć miłującego i pełnego łaski Boga. (…)

Niebiańskie, uzdrawiające światło przenika teraz jego duszę. (…) Ogarnięta światłością, cała jego dusza woła: Pan mój i Bóg mój! Widzi bowiem wszystkie swoje nieprawości złożone na tym, który sam na ciele swoim poniósł je na drzewo. Widzi teraz Baranka Bożego, który gładzi jego grzechy. Jak wyraźnie dostrzega, że Bóg w Chrystusie świat z sobą pojednał... On tego, który nie znał grzechu, za nas grzechem uczynił, abyśmy w nim stali się sprawiedliwością Bożą. Rozumie już, że on sam przez krew przymierza jest z Bogiem pojednany.

Tutaj w pewnym sensie ustaje w człowieku zarówno uczucie winy jak i moc grzechu, gdyż może on teraz powiedzieć: Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele, nawet w tym śmiertelnym ciele, jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie. Tutaj ustaje uczucie samopotępienia, smutek serca i udręka zranionej duszy. Bóg zamienia jego przygnębienie w radość, gdyż Bóg rani, lecz i opatruje. Tutaj ustaje również niewola strachu, ponieważ serce jego jest mocne, ufa Panu. Już więcej nie lęka się gniewu Bożego, gdyż teraz wie, że gniew Boży jest od niego odwrócony, dlatego nie spogląda już więcej na Boga jako gniewnego sędziego ale miłującego Ojca. Nie lęka się już więcej diabła wiedząc, że nie ma żadnej władzy nad nim, chyba że dana by mu była z góry. Nie lęka się piekła, ponieważ jest dziedzicem Królestwa Niebieskiego. W rezultacie nie ma w nim już więcej strachu przed śmiercią, przez który w przeszłości tyle lat trwał w niewoli. A raczej wiedząc, że jeśli ten namiot, który jest naszym ziemskim mieszkaniem, się i rozpadnie, ma budowlę od Boga, dom w niebie, nie rękoma zbudowany, wieczny. Dlatego też w tym doczesnym wzdycha, pragnąc przyoblec się w domostwo nasze, które jest z nieba. Wzdycha, żeby pozbyć się tego doczesnego domu, aby to, co śmiertelne, zostało wchłonięte przez życie, gdyż wie, że tym, który go do tego właśnie przysposobił, jest Bóg, który nam też dał jako rękojmię Ducha.

Gdzie zaś Duch Pański, tam wolność, wolność nie tylko od winy i strachu, ale także od grzechu, który jest najcięższym jarzmem, najgorszą niewolą. Jego trud nie jest już więcej daremny. Sidło się podarło, a on jest wolny. Nie tylko próbuje, ale również zwycięża; nie tylko walczy, ale także zdobywa. Dlatego nie służy grzechowi... Jest umarłym dla grzechu, a żyjącym dla Boga... śmiertelny grzech nie panuje w ciele jego, ani nie jest posłuszny jego pożądliwościom. Nie oddaje członków swoich grzechowi na oręż nieprawości, ale członki swoje Bogu na oręż sprawiedliwości, gdyż uwolniony od grzechu, stał się sługą sprawiedliwości.

(…) To właśnie Duch według upodobania bezustannie sprawia w nich i chcenie i wykonanie. To właśnie przez Niego miłość Boża i miłość ludzkości rozlana jest w sercach naszych, przez co serca ich doznają oczyszczenia od miłości tego świata, pożądliwości ciała, pożądliwości oczu i pychy życia. To właśnie przez Niego wybawieni są od gniewu, pychy, od wszelkich pospolitych i chaotycznych uczuć. W konsekwencji, wybawieni są od złych słów i uczynków, od wszelkiej niegodziwości w relacjach z innymi, nie czyniąc nic złego żadnemu z synów ludzkich, jak również w dobrych uczynkach zachowując gorliwość.

Podsumujmy więc: Człowiek natury ani nie odczuwa przed Bogiem strachu ani Go nie miłuje; z kolei ten, który jest pod władzą zakonu, doznaje bojaźni, ale ten, kto jest pod władzą łaski, miłuje Go. Temu pierwszemu, czyli człowiekowi natury, brak jest światłości rzeczy boskich, żyje bowiem w całkowitej ciemności. Ten drugi, czyli człowiek pod władzą zakonu, czuje żar ognia piekielnego; ten ostatni zaś, czyli człowiek pod władzą łaski, żyje radością światłości niebiańskiej. Kto jest w letargu śmierci, trwa w pozornym spokoju. Kto jest dopiero co przebudzony, temu w ogóle odebrany jest spokój wewnętrzny. Kto ma wiarę, ma również prawdziwy pokój, pokój Boży, który przepełnia jego serce i panuje w nim. (…)  Zamykając więc tę część naszych rozważań podsumujmy: człowiek natury ani nie walczy z grzechem, ani go nie zwycięża; człowiek pod władzą zakonu zmaga się z nim, ale nie jest w stanie go zwyciężyć; człowiek pod władzą łaski z grzechem nie tylko walczy, ale go pokonuje za sprawą Tego, który go miłował.

(…) Sprawdzić, czy trwasz w wierze. Sprawdź skrupulatnie, gdyż jest to sprawa niezmiernej wagi. Jaka zasada rządzi w twojej duszy? Czy jest nią miłość Boga? Czy strach przed Bogiem? A może ani jedno ani drugie. Czy nie jest nią raczej miłość tego świata? Miłość rozkoszy? Albo zysku? Miłość wygody? Czy może dobrej opinii? (…) Czy masz Królestwo Boże w sercu? Czy masz Ducha synostwa, który bezustannie woła: Abba, Ojcze? (…)  Odsłoń twarz. Spójrz w niebo i wyznaj przed tym, który trwa wiecznie, że nie należysz ani do dzieci ani sług Bożych. Kimkolwiek jesteś, czy popełniasz grzechy czy nie? Jeśli tak, to czy dzieje się to w zgodzie z twoją wolą czy wbrew niej? Tak czy inaczej. Bóg powiedział ci, kim jesteś. (…) Czy dzień w dzień zmagasz się z grzechem i z każdym dniem w coraz większym stopniu wychodzisz z tych zmagań zwycięsko? Przyznaję, że stajesz się dzieckiem Bożym. Trwaj w tej chwalebnej wolności. Czy może walczysz, ale nie zwyciężasz? Dążysz do panowania nad grzechem, ale nie jesteś w stanie tego osiągnąć? W takim razie jeszcze nie wierzysz w Chrystusa. Nie ustawaj w wysiłkach, a poznasz Pana. Może jednak wcale nie walczysz, ale prowadzisz łatwe, bezowocne i wygodne życie? O jak śmiesz wymówić imię Chrystusa! Czy tylko po to, aby uczynić je wśród pogan pośmiewiskiem? Obudź się ty, który śpisz! Zawołaj do Boga zanim pochłonie cię głębina.

Być może jednym z powodów, dla których tylu ludzi ma o sobie lepsze mniemanie niż powinno (przez co nie dociera do nich, w jakim stanie znajduje się ich dusza), jest to, że te trzy stany duszy przenikają się nawzajem i w pewnym stopniu współistnieją w jednej i tej samej osobie. I tak doświadczenie uczy, że stan legalistyczny, czyli stan, w którym człowiek opanowany jest przez strach, często zawiera elementy stanu naturalnego, gdyż niewielu ludzi trwa aż tak uporczywie w letargu grzechu, żeby od czasu do czasu nie oprzytomnieć. Duch Boży bowiem nie czeka na wezwanie ludzi, czasami więc jest przez ludzi słyszany. Rzuca Bóg na nich postrach tak, że przynajmniej przez jakiś czas i poganie widzą, że są tylko ludźmi. Czują brzemię grzechu i szczerze pragną uciec od przyszłego gniewu. Ale ich pragnienie nie trwa długo. Rzadko pozwalają swym przekonaniom przeniknąć do wnętrza ich dusz, nie dają bowiem przystępu łasce Bożej i zaraz na nowo kalają się brudem grzechu. W podobny sposób stan ewangeliczny tzn. stan, w którym człowiek jest we władaniu miłości, często przenika się ze stanem legalistycznym, gdyż niewielu ludzi, którzy żyją pod jarzmem strachu, na zawsze pozostaje bez nadziei. Mądry i łaskawy Bóg rzadko do tego dopuszcza, gdyż pamięta, że jesteśmy tylko prochem. Nie pragnie bowiem, żeby ustał duch i istnienia, które sam stworzył Dlatego czasami, kiedy uzna to tylko za właściwe, rzuca promień światła na tych, którzy trwają w ciemności. Sprawia, że część jego dobra staje przed ich oczami i pokazuje, że on jest Bogiem, który wysłuchuje modlitwy. Widzą obietnicę, która jest przez wiarę w Jezusa Chrystusa, choćby jeszcze była odległa. Ta obietnica właśnie zachęca ich, aby biegli wytrwale w wyścigu, który jest przed nimi.

Innym powodem, dla którego wielu oszukuje samych siebie, jest to, że nie biorą pod uwagę, iż można uczynić znaczne postępy w postawie moralnej, a mimo to, pozostawać człowiekiem natury, czy też w najlepszym wypadku, postępować zgodnie z modelem legalistycznym człowieka. Ktoś może odznaczać się współczuciem i dobrodusznym usposobieniem; może być wymowny, grzeczny, wspaniałomyślny i przyjacielski; może charakteryzować się łagodnością, cierpliwością, powściągliwością i wielu innymi zaletami moralnymi; może ponadto gorąco pragnąć zerwać z wszelkim złem i osiągnąć wyższy poziom moralny; może wystrzegać się wielu przejawów zła, być może nawet wszystkiego, co stoi w rażącej sprzeczności ze sprawiedliwością, miłosierdziem, czy prawdą; może czynić wiele dobra np. karmić głodnych, odziewać nagich, nieść pomoc wdowie i sierotom; może uczęszczać na nabożeństwa, przestrzegać dyscypliny osobistej modlitwy, czytać wiele pobożnych książek - a mimo wszystko pozostawać zaledwie człowiekiem natury, nie znającym ani Boga ani siebie, gdyż obcy mu jest tak duch bojaźni jak i miłości, obce - pokuta i wiara w Ewangelię. Ale załóżmy, że do tego wszystkiego dodamy głęboką świadomość zła wraz ze strachem przed gniewem Bożym; ponadto dodamy gorące pragnienie całkowitego zerwania z grzechem i wypełniania sprawiedliwości, częstą radość nadziei i dotyk miłości poruszający duszę. Nic z tego jednak nie dowodzi, że człowiek znajduje się pod łaską, że trwa w prawdziwej, żywej, wierze chrześcijańskiej, jeśli serca jego nie wypełnia Duch synostwa, jeśli nie jest w stanie bezustannie wołać: Abba, Ojcze.

Strzeż się więc ty, który nosisz imię Chrystusowe, abyś nie sprzeniewierzył się swemu wysokiemu powołaniu. Strzeż się, abyś nie spoczął na laurach ani w stanie natury, wraz z wielką liczbą tych, którzy uchodzą za dobrych chrześcijan, ani w stanie legalistycznym, w jakim znajdują się darzeni dobrą reputacją, którzy równie zadowoleni są ze swego życia jak i śmierci. Bóg jednak przygotował dla ciebie lepsze rzeczy, jeśli tylko wytrwasz, aby je osiągnąć. Nie zostałeś powołany do bojaźni i drżenia, jak demony, lecz, aby cieszyć się i miłować jak aniołowie w niebie. Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej, z całej myśli swojej i z całej sity swojej. Będziesz zawsze się radował. Będziesz bez przestanku się modlił. Będziesz za wszystko dziękował. Będziesz czynił wolę Bożą na ziemi tak jak i w niebie. Dowiedź, czym jest wola Boża, czym jest to, co dobre, mile i doskonale. Teraz złóż z siebie ofiarę żywą, świętą i miłą Bogu. Tylko trwaj w tym, co już osiągnąłeś, zdążając do tego, co przed tobą aż Bóg pokoju (...) wyposaży cię we wszystko dobre, abyś spełniał wolę jego, sprawując w sobie to, co miłe jest w oczach jego, przez Jezusa Chrystusa, któremu niech będzie chwała na wieki wieków! Amen!


Jan Wesley, Poucz mnie o tym, czego nie wiem, Warszawa 2001, s. 93-103


powrót>
Kościół Ewangelicko-Metodystyczny w Poznaniu